Horror, który... nudzi

Pamiętam cię - Sigurdardottir Yrsa

To było moje pierwsze i najprawdopodobniej ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. Może nie powinnam oceniać jej po jednej książce, ale jaka jest szansa, że napisała coś lepszego od "Pamiętam Cię"? Spodziewałam się, że chociaż trochę będę się bać, a sama fabuła okaże się mieć sens, będzie ciekawa i pomimo strachu (którego nie było) będę chciała czytać dalej. Niestety... Chyba to jedna z najgorszych książek, jaką przeczytałam w tym roku.

 

Od samego początku książki przeplatają się dwa wątki. Jeden dotyczy trójki przyjaciół (małżeństwa + ich znajomej, której niedawno zmarł mąż), którzy kupili dom na opuszczonej zimą wyspie z zamiarem zrobienia z niego pensjonatu. Postanowili więc wybrać się tam, aby dokonać różnych prac remontowych, gdyż dom nie był w najlepszym stanie, m.in. nie było tam prądu. Drugi wątek dotyczy pewnego psychiatry, którego syn zaginął 3 lata temu, co spowodowało rozpad jego małżeństwa. Tutaj wszystko zaczyna się w momencie demolki przedszkola, którą dokonał ktoś, kogo policja nie może namierzyć. Dopiero na końcu książki losy wszystkich bohaterów splatają się w nieco wymuszonych okolicznościach. Niestety pomysł połączenia tych wątków jakoś mi nie przypasował. Spodziewałam się, że zostanie to jakoś lepiej rozegrane, ale niestety... Nie będę zdradzać, w jaki sposób się to odbyło, ale nie jest to żadne wow.

 

Jeśli chodzi o drugi wątek związany z psychiatrą to on na pewno był ciekawszy od pierwszego wątku. Dlaczego? Po prostu nie mogłam znieść zachowania trójki bohaterów, którzy dobrze wiedzieli, że wyruszają na odludzie, gdzie nie działają telefony, bo nie ma zasięgu, ale mimo to nie zabierają ze sobą takich rzeczy jak np. tabletki przeciwbólowe. Poza tym pojechali tam w wyraźnie określonym celu - remont. Mimo to do remontu zabierają się jak do kary, za to obijanie się idzie im świetnie. Wyjątkowo podczas czytania tej książki nie polubiłam żadnego z bohaterów. Co do samej książki to mogę powiedzieć jeszcze jedną i dość istotną rzecz - tłumaczenie jest straszne. Zastanawiam się momentami jak coś takiego w ogóle dopuszczono do druku? Rozumiem, że można uwielbiać angielski, ale żeby spolszczać angielskie wyrazy tworząc coś jak "pliz" czy "dżizas" albo (co kompletnie mnie rozłożyło na łopatki) "fajle" (w znaczeniu plików)?

 

Książka nie spodobała mi się i strasznie mnie nudziła. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle doczytałam ją do końca? Być może dlatego, że nie bardzo lubię zostawiać coś, czego nie skończyłam, ale mogę powiedzieć tylko tyle - ta książka jest stratą czasu. Nie polecam jej, ale jeśli ktoś chcę się sam przekonać czy mam rację to już na własną odpowiedzialność.